Ludzie uważają się na najważniejszych tego świata, A przecież są jeszcze delfiny.
Błękitny delfin zmęczonym krokiem podszedł do wyimaginowanej ławki koloru niebieskiego powleczonej sreberkiem typu "Goplana" przez pana Zdzisia z mieszkania 4/48 (był to wspaniały człowiek; no mutant). Jego wycięczone szerokie płetwy powoli posuwały się po tureckim, wzorzystym i, niestety, nie latającym dywanie. Wreszcie dotarł do upragnionego celu. Usiadł. "Uf!!!!!", pomyślał, bo delfiny nie mówią (choć znałem jednego takiegoś ale to już zupełnie inna historia). Nagle spostrzegł, że upada przez wymyślone tylko siedzenie prosto na kość ogonową (Oj! Bolało!). Siedział cicho na twardej kanapie pachnącej drewnem i przesyconej miłymi wspomnieniami łącząc ze sobą krańce płetw i siedząc w pozycji lotosu. Medytował. Bernard, bo tak miał na imię, często to robił, by uporządkować swe chaotyczne myśli uderzające ze stałą częstotliwością n (niu) wciąż w te same punkty głowy tworząc w nich wypustki, którymi część z nich uciekała. A potrzebował skupienia w swym zawodzie. Był bowiem dentystą. I to dość humanitarnym, bo nie musiał stosować środków znieczulających, robił to sposobem naturalnym. Jakimś dziwnym bowiem trafem większość pacjentów widząc delfina z wiertłem w jednej, a wacikiem w drugiej osłoniętej gumową rękawiczką płetwie mdlała. Dziwni ludzie. Bernard nie potrafił wytłumaczyć tego zachowania. Słyszał cichą piosenkę przepływającą przez jego ssacze ciało i rozpływającą się śpiewem Bono. "And I can't be sure of anything, Black is white And cold is heat. What I wordhip Stole my love away Was the ground beneath her feet, Was the ground beneath her feet." Zbliżała się szesnasta, pora na jego wizytę u psychologa. Cierpiał bowiem na schizofrenię niekontrolowaną i paniczny strach przed wodą. To właśnie dzięki dr Blumenspłuczce walczył ze swoją fobią biorąc udział w terapii grupowej i programie środzimy dzieci w obecności delfinaś. Bernard ubrał swój czarny, zimowy płaszcz i jednopłetwiaste rękawiczki w kolorowe wzorki przedstawiające bałwanka, św. Mikołaja na deskorolce i Osamę bin Ladena po czym wyszedł z mieszkania. Podszedł do windy skocznym krokiem i nacisnął guzik. Wkrótce świetlisty pokoik podjechał rozsuwając drzwi z charakterystycznym skrzypieniem. Wsiadł do niej. Znalazł się na przerażająco bladożółtej pustyni, na której ospałym krokiem przechadzał się spasiony koń z wychudłymi nogami niosący na swym spłowiałym grzbiecie dwie beżowe, szczerze uśmiechnięte czaszki. W oddali zobaczył dwie sylwetki; dużego człowieka ze swoją małą wersją trzymaną za rękę. Nie wiedząc czemu, Bernard pobiegł ku nim, a robił to niezdarnie, jak na ssaka morskiego przystało, zwłaszcza takiego, co biegnie akurat po pustyni, więc i wolno. Wreszcie, gdy dotarł już do dwóch rozmazanych postaci zobaczył, że to nie ludzie są, ale że kamienie, a ściślej posągi. Grymas strachu przeszył mu twarz. Okazało się bowiem, że grymas strachu przeszywa mu twarz, na co reakcją był grymas strachu przeszywający mu twarzś Z przerażenia wyrwał go dświęk windy oznajmiającej z dumą o wykonaniu zadania. Delfin wysiadł zlany potem, a potem poszedł do pani psycholog. W autobusie ludzie znów patrzyli na niego jak na odmieńca, którego trzeba wyeliminować, wzrokiem nietolerancji rasowej i gatunkowej. Mieszkał tu już prawie pięć lat i wciąż nie mógł się do tego przyzwyczaić (jak i do tego, że słowo "kaczka" nie oznacza wcale nakrycia głowy). Nie lubił tego i już! Wkoło niego rozbrzmiewał rap wydobywający się z gardzieli magnetofonu ubranego na różowo chłopaka. "Banana, Banana, It's a yellow fruit.
Potato, Potato, It's a brown vegetable." Wreszcie dojechał do żądanego przystanku na żądanie, zażądał zatrzymania się na nim i wysiadł. Przeszedł kawałek brudnym chodnikiem i nagleś znalazł się koło granitowego cokołu z łacińską sentencją znaczącą tyle, co "jemy brzoskwinie", a obok niego przykucał mężczyzna z długą robotniczą czapką i równie długim półdupkiem opierającym się na drewnianym słupku. Chciał porozmawiać, ale człowiek ten jawnie go ignorował. - Co? - powiedział Bernard (ten delfin akurat mówił, czyli jednak to ta historia) - Nie lubisz delfinów? Uważasz, że przeszkadzamy wam, Wielkim Ludziom z Długimi Półdupkami?
Nie czekając na reakcję, której zresztą nie doczekałby się, gdyby czekał, poszedł dalej i przez brązowy pokój wyszedł znów na bladą pustynię. Stał tam ser o dziwnym wyrazie twarzy i z setkami napisów "Ma mere". Dwie dziury w jego żółtym ciele przepuszczały ostre promienie słoneczne rażąc dumnego przedstawiciela zębowców. Po licu sera chodziło stado czerwonych mrówek. Chyba turystów. Gdy go minął zobaczył... dr Blumenspłuczkę. Obok stała na baczność kozetka, na której delfin złożył swe drobne ciało zachęcony wzrokowym wskazaniem jej przez panią psycholog. W tle pląsał Debussy. Bernard przeniósł się w stanie głębokiej hipnozy do swego dzieciństwa, gdy razem z tatą-delfinem i mamą-delfinem był na pikniku nad jednym z mniejszych jezior w szeroko rozumianej okolicy i razem jedli sardele, a na deser mieli Makrelę w oleju firmy Śledź. To był bardzo wyimaginowany zbiornik wodny, a może to też mu się zdawało. Widział jak przez mgłę swoją zabawę z bratem, też delfinem, ale mniej inteligentnym (przygłupim po prostu), w ten mglisty dzień. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten Debussy, tworzący tło hipnozy, jak filmowa oprawa muzyczna. Bernard wolał zabójcze pobrzmienia Lista albo szarpiące mocno nerwy dświęki "Etiudy rewolucyjnej" Chopina. To był jego świat, w którym głupie morderstwo przekreśliło jego karierę pływaka-tuptaka. {{{Wszystko zaczęło się na owym pikniku. Jedli sardelki popijając polskim napojem żrąco-czyszczącym Coca-C.(by nie wymieniać nazwy). Nagle ich błogi spokój zakłóciło to, co określają wszystkie internetowe blogi, jak i Leszek Kołakowski, jako atak myszy-gigantów, zwanych powszechnie "Moto-myszami z Marsa". Ich przywódcą był Liroy, zwany Scyzorykiem (tak jakoś na niego wołali wszyscy ludzie z jego miasta), bo był cięty na wszystkie laski w okolicy. Myszy mieszkały na Wenus, bo na Marsie wszystkich już wybiły, a nudno jest tak żyć samemu na jednej planecie, sami przecież wiecie (zresztą potem przypalili ją trochę i posłali na nią wąglika w kopercie, której, z braku mieszkańców, nikt jednak nie otworzył). Liroy chciał porwać Pijaną (cóż, różne są imiona), którą Bernard poznał nad jeziorem, i zabrać ją do swego Królestwa. Bernard wyzwał Scyzoryka na pojedynek, a że ten był bardzo honorowym chamem, to wyzwanie przyjął. Stawką był los ukochanej, a zawody odbywały się w pływaniu na czas. Wygrał Liroy (niestety), bo miał motora jak... [cenzura]... i nikt nie mógł mu podskoczyć. A jego beloved, z przyczyn ściśle nie określonych, bez zęba na przedzie, została porwana i słuch po niej zaginął (zresztą też i wzrok, dotyk, węch i smak). Dopiero po latach Bernard otrzymał od niej list, w którym informowała go o swojej śmierci. Przed odlotem myszy utopiły jeszcze rodzinę zębowca w wodzie bez mydła, co byłoby nie lada zniewagą, gdyby nie fakt, że znieważeni już nie żyli. Ponieważ jednak zwierzęta wodne jest utopić niesłychanie trudno, to miało to katastrofalne skutki na ich psychikę. Mama-delfin, Genowefa, poszła do najlepszego szpitala psychiatrycznego zwanego póśniej "Twierdzą" i zwariowała, tata-delfin, Zenobiusz, uciekł z kochanką do Rumunii, gdzie mieli ponć dziecko, tyle, że z czterema głowami jak po-co-mon jako, że tata-delfin topił się bez mydła (też nie rozumiem tego zdania). Brat, Lechosław, zginął biedaczek, wpadając na czerwonym świetle na rozpędzoną ławicę makreli. Bernard zaś został etatowym konserwatorem powierzchni płaskich, a po godzinach sprzedawał swoje ciało w oceanarium. Od tego też dnia czuje paniczny strach przed wodą, która zabrała mu brata, a pośrednio też i rodzinę i ukochaną. Dlatego też wybiera tyle te oceanaria, gdzie nie ma wody oraz czyści podłogi na sucho. A do tego już wtedy chodził do tej chorej psychicznie doktorki, która myślała, że może go wyleczyć wpychając w niego prochy i słuchając jego historii ( - Panie Bernardzie, proszę się uspokoić, może podam panu jakiś środek uspokajający, a tymczasem proszę opowiadać dalej.) Teraz był szanowanym dentystą na pół etatu i nikt nie wiedział o jego poprzednich profesjach i ukrywanej skrycie przeszłości. Bolesnej przeszłości.}} Któregoś dnia, grubo po ostatniej wizycie, zdarzyło się coś dziwnego. Przechadzając się po mieście poczuł czyjś wzrok zawieszony na jego skromnej osobie, a wisiał on już na nim od dawna, niemalże zdążył zaśmierdnąć. Po powrocie do domu zmienił zamki w drzwiach na te super ekstra hiper power zamki marki "Berta". Kupił też nowy pistolet na wodę. Mimo, że na wodę miał alergię i czuł przed nią drżenie płetw, to tylko na taką broń nie trzeba było mieć zezwolenia, a właśnie w sytuacji braku owego się znajdował. Czuł się jak wtedy, gdy myszy rozbiły mu rodzinę w tamten piękny, przepełniony mgłą napływową dzień. Zapragnął zostać wiecznym łowcą obdarzonym zdolnościami spirytystycznymi i tępić takie potwory jak one. Pewnego kolejnego dnia na ścianie kina "Maurycy" oglądając plakaty filmowe zauważył o jeden cień więcej (razem dwa). Obrócił się czując bicie swego serca. Czyżby jego najgorsze koszmary miały się spełnić czy tylko czyżby czyżyk? Nie, ale spełniły się te mniej złe, choć nadal koszmary. Tak, to był Liroy. Ale podstarzały, z brodą do pasa, z laską, tym razem drewnianą. Przeznaczenie nie zdecydowało więc o przedwczesnej śmierci delfina, pani Fatum okazała się łaskawa. Scyzoryk podszedł dystyngowanym krokiem do przerażonego, zdeterminowanego Bernarda. Stary wróg był teraz anorektykiem z depresją młodzieńczą, a z tego powodu też i ćpunem. Najpierw palił haszysz, potem coś cięższego, a teraz był już na heroinie. W jego organizmie rozwijała się także choroba wściekłych krów BSE od spotkania z jedną bardzo miłą krówką imieniem Laura, do której to zresztą pisywał swego czasu sonety. Niestety ona już nie żyła zabita przez ojca jej największego przyjaciela, z którym go zresztą zdradzała. Wszyscy wyrzekli się Liroya, rodzina, przyjaciele, zostali mu tylko wrogowie, więc ich odwiedzał. Podszedł do Bernarda i poprosił o drobne na chleb. Tak, to teraz było jego uzależnienie. Był na głodzie... |